Rodzinne tradycje, mała rzecz, a cieszy.

Niedziela to dzień, który należy spędzać z rodziną. Niedziela to dzień tradycji. W moim domu ten dzień kojarzyć mi się będzie z wieloma, czasami zabawnymi tradycjami, które się przyjęły w moim domu rodzinnym.
Zawsze, gdy jestem wtedy w domu czuję, że to moje miejsce. Mój dom i moi ludzie :)

Jedną z takich tradycji jest jedzenie jajka na miękko na śniadanie. Skąd się to wzięło? Dlaczego akurat jajko? Nie znam dokładnie historii, ale wiem, że ta tradycja weszła w nasze życie dobre 5 lat temu, a może i więcej. Wiem też, bo pamiętam, jak tata mówił wtedy "Ej, wymyślmy sobie jakąś tradycję niedzielną, może jajko na śniadanie, co?". I tak zrobiliśmy. Banalnie proste, a jest z nami do dzisiaj.

Drugą taką tradycją, jedną z tych zabawnych, które trochę damską część rodziny denerwuje, jest oglądanie formuły 1 albo wyścigów kolarskich (to są wyścigi? Mój chłopak by mnie zmierzył teraz wzrokiem mordercy za to, że nie wiem). To jest tradycja mojego taty, a że reszta rodziny to kobiety, to sami sobie resztę dopiszcie :)
Ale nic na to nie poradzę. To już zawsze będzie mi się kojarzyło z niedzielami w domu. Ja z mamą w kuchni szykujemy obiad, a obok w salonie tata i jego sportowe zmagania. Chociaż przeważnie zawsze nasza rozmowa wygląda podobnie:
- jaka jest szansa że to ściszysz tato?
- niewielka
- a może jakieś radyjko?
- zaraz będzie finisz.
Mimo, że zawsze to denerwuje i musimy tego słuchać chwilę przed obiadem, to lubię ten czas. Głupota, a jak cieszy.

No i rosół! Rosół to tradycja w każdej polskiej rodzinie? Tak myślę. Piękna sprawa. Fanką nie jestem, ale jem zawsze. Szczególnie ten domowy, babciny rosołek. Kiedyś w akademiku pokusiłam się na zrobienie własnego. Za drugim razem się udał: )

W niedzielę spędza się czas w domu, na odpoczywaniu, jedzeniu, oglądaniu filmów, czytaniu książek. Ja lubię spędzać wolny czas aktywnie. Tak też było dzisiaj. Miałam jechać na moje 35 kilometrów, ale po dwóch dniach pracy jestem wykończona, więc dzisiaj lżej, ale nie mniej aktywnie. Kajaki. Moja miłość. Moja ulubiona forma spędzania czasu gdy jest ciepło i dużo wolnego. Spływy kajakowe to najcudowniejsza sprawa. A dzisiaj dodatkowo, udało mi się namówić 4/5 mojej rodziny na godzinkę pływania.
Sami oceńcie, czy te widoki nie są piękne?


Dzisiejszy obiad wreszcie udało mi się zrobić na spokojnie, nie po pracy, nie w biegu. Zaserwowałam sobie również indyka, od nie pamiętam kiedy. Najwyższa pora wrócić do tego pysznego mięsa i zrezygnować z kurczaka na jakiś czas.
A skoro już miałam takie dobre mięso, to pulpety wydały się świetnym pomysłem! Miałam dla siebie 300g mięsa, wyszło mi z tego 6 niewielkich pulpetów, czyli dwa obiady.
Tak więc zmieliłam mięso (wiem, koszmar mielić indyka), wymieszałam z trzema ząbkami czosnku, solą, pieprzem i tymiankiem. Do tego mama ostatnio zamroziła trochę szpinaku z ogródka, bo było go za dużo, więc dołożyłam trochę do moich pulpetów.
Wszystko to dokładnie wymieszałam i ulepiłam 6 kulek o średnicy ok 3-4cm.
Do tego 4 małe pieczarki i pół buraka, pokrojonego w cienkie plasterki.
Takie pulpety na parze gotują się 20 minut. Nie ma potrzeby zawijania ich w folię czy kładzenia pod spód papieru. Pulpety nie rozpadają się ani nie przyklejają.
Z kasz wybrałam jęczmienną, pęczak. Jedna z moich ulubionych, ale rzadko jadam, bo jak gotuję z chłopakiem, to nawet nie mamy jej w naszym składziku. Korzystam póki jestem w domu! :)
Podsumowując:
20 minut gotują się pulpety
15 minut burak ( można razem z pieczarkami, jeśli są większe)
10 minut pieczarki (małe)
8 minut kasza

30 minut i obiad gotowy :) a wygląda to mniej więcej tak:


Ach ta niedziiela. Jak dzień udany to i szybciej czas leci. Udanego i miłego poniedziałku wszystkim życzę :) Smacznego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 W Morozówce , Blogger