Dziki łosoś z Alaski i afera ciastkowa.

Przyznam szczerze, że nie lubię wyjazdów z zaskoczenia. Nie mam tu na myśli kilkudniowych wycieczek, wakacji, czy spontanicznych wypadów za miasto. Chodzi o taki nagły wyjazd, który wyniknął w dniu kiedy trzeba jechać. Zwykle takie załatwianie spraw zajmuje cały dzień.
Nie lubię ich ze względu na brak możliwości zjedzenia czegoś dobrego, zdrowego i w spokoju. Zazwyczaj chwytamy wtedy za byle co, byle gdzie, żeby tylko zaspokoić ten okropny głów, który nie daje nam spokoju. Idziemy wtedy na łatwiznę i jemy bułki słodkie, jakieś paluszki, ciastka, do tego jakiś słodki napój i da się przeżyć.
Wczoraj miałam właśnie taki nagły wyjazd poza miasto i nie miałam nawet czasu żeby zastanowić się ile czasu mi to zajmie.
W chwili kiedy znalazłam 5 minut, czekając na pociąg powrotny, bardzo już głodna, szukałam czegoś do zjedzenia w jakimś sklepie niedaleko. I wiecie co sobie uświadomiłam? Że jeśli właśnie w takim dniu, kiedy nie masz czasu zjeść dobrego obiadu, w sklepie też nie znajdziesz za dużo! Nie piszę tutaj o wielkich supermarketach, ale o średniej wielkości sklepie przy dworcu.
Oczywiście, możemy zjeść jakiś owoc i napić się wody mineralnej, ale kiedy tak chodziłam i szukałam czegoś co zaspokoi mój głód na dłużej niż kilkadziesiąt minut, to przyznam szczerze, że miałam problem.

Od jakiegoś czasu w każdym prawie sklepie znajdziemy regały ze zdrową żywnością. Batoniki zbożowe, ciastka z amarantusem i innymi cudami, świeże soki, specjalne wody z dodatkiem aloesu czy innych wód wzbogacanych. Tylko pojawia się mały problem jeśli jesteś studentem z krwi i kości, bez regularnych dopływów gotówki. Ceny tych produktów nie spadają poniżej 6zł za jedno ciastko orkiszowo-owsiane z dodatkiem amarantusa i oleju kokosowego z posypką płatków kokosowych. Nie wspomnę już o owocach bio czy tych wszystkich wodach 10zł/250ml.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ stojąc właśnie przed taką półką z ciastkami, czytając składy wszystkiego co mi wpadło w ręce, zdecydowałam się na butelkę kefiru i jedno małe opakowanie ciastek zbożowych (2 małe ciastka!), z najlepszym składem jakie udało mi się znaleźć, pomyślałam, że zrobię takie porównanie na blogu. Które ciastka są najlepsze. Takie porównanie na studencką kieszeń. Więc czekajcie, bo w przeciągu kilku dni, jak już przejdę wszystkie sklepy i zdobędę materiały do porównania to post na pewno się pojawi.

A teraz przejdę do mojej wczorajszej kolacji, którą udało mi się przygotować po powrocie. Piszę, że mi się udało, ponieważ byłam tak głodna że chciałam zjeść cokolwiek, bo nie mogłam czekać aż się ryba ugotuje.
Na szczęście pół godziny i było gotowe. Ryba w ziołach i maśle czosnkowym z warzywami i kaszą jęczmienną pęczak.

Muszę przyznać, że dawno żaden sklep mnie tak nie zaskoczył jak Biedronka w tę niedzielę! Podjechałam na chwilę kupić sobie coś na obiad i trafiłam na rybę. Dziki łosoś z Alaski! Niesamowite. Kiedyś na uczelni jedna z profesorek mówiła nam o tym, że najzdrowszą rybą jest właśnie ten łosoś, niestety prawie w ogóle niedostępny w Polsce. Łosoś, którego z łatwością możemy dostać to ten z hodowli, karmiony sztuczną paszą, z dodatkiem barwników, żeby był tak ślicznie różowy jak lubimy.
Natomiast prawdziwy, naturalny łosoś nawet w połowie nie jest tak różowy jak nam się wydaje. Mięso łososia jest z natury białe, a różowy kolor otrzymuje spożywając pokarm bogaty w barwniki karotenowe. Ponieważ łosoś hodowany jest w basenach do jego karmy dodawana jest astaksantyna - chemiczny barwnik. Im więcej astaksantyny w karmie tym czerwieńsze jest mięso.


Nie mogłam sobie odmówić i kupiłam tego łososia. Kosztował mnie 10zł, a mam z tego dwa obiady, więc cena bardzo dobra. Po tym zakupie nic więcej nie było mi do szczęścia potrzebne, więc od razu poszłam do kasy i wróciłam pochwalić się moją zdobyczą.
Udało mi się przygotować go dopiero wczoraj, po tym nieszczęsnym nagłym wyjeździe więc podwójnie nie mogłam się doczekać żeby go zjeść.
Co się składało na ten obiad:

150g łososia
kilka różyczek kalafiora
cukinia
kasza jęczmienna pęczak

sałatka: świeży pomidor malinowy (wreszcie dojrzały się w szklarni!), sałata, cebula czerwona, kalarepa, olej z orzechów włoskich

Łososia przyprawiłam tymiankiem, suszoną pietruszką i odrobiną masła ze świeżym czosnkiem, a następnie szczelnie zawinęłam w folię aluminiową.
Warzywa koniecznie myjemy i dzielimy na mniejsze kawałki.
Czas gotowania łososia to 20 minut. Warzywa w tym przypadku gotowały się 10 minut, kasza 8 minut.
Jeśli lubimy żeby warzywa były miękkie, a nie al dente to możemy wydłużyć czas do 15 minut. Osobiście wolę te lekko twarde, ponieważ im dłużej gotowane tym większy indeks glikemiczny, szczególnie w przypadku marchewki i buraka, a ja ostatnio muszę przystopować z tym wysokim indeksem.

W niedzielę popełniłam taką sałatkę z warzywami z ogródka, która zrobiła furorę w domu i wśród gości, którzy wpadli na grilla do rodziców. Nic niezwykłego, a jak cieszy! Wykorzystałam sałatę, pomidorki koktajlowe, kalarepę, cebulę czerwoną, niewielką ilość sera feta i olej z pestek dyni. Muszę przyznać, że sama nie spodziewałam się tak dobrego i prostego dodatku, ale ten olej zrobił z tym coś niezwykłego. Wszystkim smakowało i sałatka wbiła się na pierwsze miejsce na podium jeśli chodzi o jedzenie przygotowane na grilla przez moją mamę (sorki). Wczoraj do obiadu zrobiłam podobną, ale bez sera i zamiast oleju z pestek dyni wykorzystałam ten z orzechów włoskich. Pycha.
Po raz kolejny serdecznie polecam te oleje, są świetnym dodatkiem i nadają wyśmienity smak najzwyklejszym sałatkom! Można je dostać z niewielkie pieniądze w Biedronce, często w kuszących promocjach.


Koniec niespodzianek na jakiś czas. Ten łosoś i wyjazd z miasta na cały dzień sprawił, że poniedziałek nie był taki zły i zleciał migusiem. Dzisiaj pogoda rozpieszcza, jest plan na rower, ale 30 stopni to zdecydowanie za dużo na długie wycieczki, dlatego jestem zmuszona poczekać do wieczora. Wczoraj miałam za sobą pierwszy zjazd rowerem do downhillu! Niesamowita zabawa, na dodatek, po tych deszczach, kąpiel błotna zaliczona:)

na koniec znalazłam jeszcze na jednej ze stron [http://ageless.pl/] bardzo ciekawą grafikę, którą wam wrzucam dla lepszego porównania ryby z hodowli i tej żyjącej dziko. Do niczego nie zmuszam, decyzję podejmujcie sami, ale fajnie jest być świadomym konsumentem :) Miłego dnia!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 W Morozówce , Blogger